Kopenhaga
Kopenhaga, lato 1995 roku. Miasto, które wtedy – patrząc z perspektywy Środkowej Europy – wydawało się niemal z innej planety. Przede wszystkim przez rowery. Przez tę pulsującą, cichą, ale nieustannie płynącą rzekę rowerzystów, która przecinała ulice z naturalnością, jakby tak było od zawsze. Zachwyciłem się wtedy odruchowo, jak mam w zwyczaju – najpierw oczami, które próbowały ogarnąć tę gęstą, zaskakującą sieć ścieżek rowerowych, a potem sercem, które nagle poczuło, że obserwuje codzienność czegoś, co dopiero w Polsce miało nadejść dekady później.
To, co najbardziej utkwiło mi w pamięci, to właśnie „tłum” rowerzystów – złożony z ludzi w każdym wieku: mężczyzn w garniturach, kobiet w spódnicach rozwianych przez wiatr, studentów, rodziców z małymi dziećmi w przyczepkach, seniorów jadących powoli, ale pewnie. Każdy w swoim rytmie, a jednak w pełnej harmonii. Nie było tam pośpiechu, nerwowości ani dominacji samochodów – to rower zdawał się mieć pierwszeństwo nie tylko na ulicy, ale w mentalności całego miasta.
Gdy dziś o tym myślę, widzę obraz miasta poukładanego, spokojnego, gotowego na przyszłość. Już wtedy, w 1995 roku, infrastruktura Kopenhagi robiła wrażenie: szerokie, osobne pasy rowerowe, często oddzielone od jezdni; stojaki pełne jednośladów; proste, ale funkcjonalne mostki i kładki; znajomy mi odgłos dzwonków rowerowych, który wplatał się w rytm miasta jak delikatny akcent muzyczny.
A przecież to nie wszystko. W tle tej rowerowej rewolucji stała Kopenhaga jako miasto zabytków i miejskiej elegancji – nie monumentalnej, ale stonowanej, harmonijnej. Nyhavn ze swoją kolorową fasadą, wtedy jeszcze nie tak turystycznie oblegany, bardziej autentyczny; pałac Amalienborg, strzegący pamięci o duńskiej monarchii; surowa, ale piękna katedra św. Mikołaja; wreszcie Tivoli – park, który łączył nostalgię dawnych lat z duchem europejskiej rozrywki. Nie były to zabytki „krzyczące”, tylko takie, które budowały tło – równowagę między historią a nowoczesnością.
Zapamiętałem też charakterystyczny porządek – czystość ulic, spokojną architekturę, funkcjonalność przestrzeni publicznych: szerokie chodniki, zadbane parki, ławki ustawione dokładnie tam, gdzie potrzebował ich przechodzień. Kopenhaga wydawała się miastem, w którym życie płynie miękko, bez szarpnięć. A ja, obserwując to wszystko, czułem coś w rodzaju lekkiej zazdrości – że można stworzyć miejsce tak przyjazne, tak ludzkie, tak sprawne.
Dziś wiem, że ten zachwyt był także zachwytem nad stylem życia, który dopiero zaczynał kiełkować w naszej części Europy. Wtedy, w połowie lat 90., Kopenhaga była dla mnie pierwszym prawdziwym spotkaniem z nowoczesnym miastem – takim, które nie goni za przyszłością, tylko spokojnie do niej dorasta.
Moje zdjęcia Kopenhagi były prezentowane na wystawie fotograficznej w galerii Jeleniogórskiego Towarzystwa Fotograficznego w czerwcu 1998 roku.
Więcej





















































