Wyprawa rowerowa do Skandynawii (1995)
W
1995 roku wyruszyłem w podróż, która — choć odbyła się na zwyczajnym
rowerze, z ciężkimi sakwami i namiotem — do dziś pracuje we mnie jak
najcenniejsze wspomnienie. Skandynawia była wtedy daleką północą, krainą
z folderu lub atlasu, a ja jechałem tam sam, z hartem ducha i
młodzieńczą odwagą, która nie znała słowa „niemożliwe”.
Wyjechałem
z Jeleniej Góry późnym wieczorem, 12 czerwca. Noc w pociągu, potem prom
ze Świnoujścia — statek sunął przez zimne, ołowiane morze, a ja
wpatrywałem się w czarne chmury wiszące niemal nad falami. Gdy
zawinęliśmy do Malmö, granica była tylko linią na mapie — nikt nie
zatrzymał, nikt nie zapytał dokąd jadę. Wsiadłem na rower i ruszyłem w
swoją północną przygodę.
Już pierwsze kilometry przypomniały mi,
że podróż rowerowa to nie wycieczka, lecz styl życia. Środą rządził
deszcz — rytmiczny, równy, brzęczący o tropik namiotu jak alarm, którego
nie da się wyłączyć. Ale gdy tylko przestało padać, ruszyłem z impetem,
jakby samo niebo dało sygnał do startu. Mijałem małe miasteczka,
wzorowo utrzymane ogródki, białe płotki, sterylne osiedla jak z makiety.
Krajobraz przemykał obok mnie w tempie, w którym nie da się zatrzymać
niczego poza wspomnieniem.
Każdy kolejny dzień miał swój smak.
Czwartek — smak jezior i lasów, w których człowiek czuł się jak skromny gość w królestwie ciszy.
Piątek — smak makaronu przy jeziorze Vänern, którego rozmiar kazał mi wątpić, czy to jeszcze jezioro, czy może jednak morze.
Sobota — smak samotności na pustych szosach, gdy jedynym znakiem życia był czerwony domek mijany raz na godzinę.
Norwegia
pojawiła się nagle — nie jako państwo, lecz jako zmiana odcienia
drogowskazów. I zaraz potem zaczęła się podróż w głąb samego siebie.
Las, deszcz, peleryna szeleszcząca na ramionach, most nad rwącą Glommą,
która wyglądała jak olbrzymi górski potok. Noclegi na dziko, cisza,
ptaki, odgłos strumienia. Rower, namiot, śpiwór, prymus — mały świat,
ale wystarczający.
Do Oslo dotarłem zmęczony, przemoknięty i szczęśliwy.
Spotkanie
z Grażyną i Romkiem było jak wejście do innej rzeczywistości — ciepły
dom, rozmowy, pranie, przegląd roweru, spacer po Rykkin. Po kilku dniach
samotnej jazdy człowiek zaczyna inaczej słyszeć ludzkie głosy.
Zwiedzałem
Oslo jak ktoś, kto ma świadomość, że w każdej chwili może wsiąść na
rower i znów wyruszyć. Holmenkollen, Frogner, Kalvøya, centrum miasta,
zamek Akershus — wszystko było blisko, dostępne, a jednocześnie
egzotyczne. Czułem, jak wchłaniam ten kraj w sposób, którego nie
doświadcza się na zwykłych wakacjach.
A potem przyszła wyprawa do Flam i Aurlandsfiordu — być może najbardziej niezwykły odcinek całej podróży.
Serpentyny,
tunele wykute w litej skale, 1200 metrów wysokości, śnieg w lipcu,
drogę zasypujące firnowe bandy i nagłe uderzenia widoków, które trudno
opisać słowami. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem fiord z góry, wyglądał
jak spokojna rzeka — dopiero świadomość, że można nim popłynąć aż do
morza, uświadomiła mi skalę tego świata.
W Flam patrzyłem na
jachty przesuwające się pod pionowymi ścianami. Potem kolejka do Myrdal —
jedyna taka trasa, gdzie tor zawieszony jest jakby między niebem a
przepaścią. Pociąg wjeżdżał w czarne tunele, raz po raz otwierały się
widoki na dolinę, na strumienie, na biel śniegu. Byliśmy tam tylko
chwilę, ale pamięć o tym miejscu została na zawsze.
Powrót do Oslo
prowadził przez fiordy, tunele, lasy i góry, przez Borgund i Vang —
miejsca zakorzenione w historii Norwegii. Świat zmieniał się z każdym
kilometrem, ale ja wiedziałem, że finał już blisko.
Nadszedł dzień powrotu.
Prom
Stena Saga wypływał wieczorem. Wszedłem na górny pokład i obejrzałem
zachód słońca z wysokości dziesiątego piętra. Pod stopami drżał kolos,
wokół wiatr i morze, a ja czułem, że zamykam coś ważnego. W środku
statku — kina, bary, sklepy — ale ja wolałem zostać przy relingu,
patrząc na gasnący dzień.
W 1995 roku wracałem z tej wyprawy z poczuciem, że przejechałem kawał świata i jeszcze większy kawał samego siebie.
Dziś wracam do niej już tylko pamięcią — ale to wcale nie jest mniej wyraziste.
Kalendarium
Wprowadzenie
Ta
wyprawa nie była planowana jako sportowy wyczyn ani reporterska
sensacja. Była próbą sprawdzenia siebie w drodze, doświadczeniem
samotności, rytmu pedałowania i prostego życia ograniczonego do kilku
sakw, namiotu i mapy. Skandynawia stała się przestrzenią, w której
codzienność nabierała innej miary – liczonej kilometrami, pogodą i
zmęczeniem.
Relacja, którą oddaję Czytelnikowi, została zapisana
możliwie wiernie – dzień po dniu – bez upiększeń i skrótów. Tak
wyglądała ta droga.
Podróż
Wyjazd z Polski
Z Jeleniej Góry wyruszyłem 12 czerwca 1995 roku o godzinie 22.30. Nocna podróż koleją prowadziła do Świnoujścia. Następnego dnia, o 11.30, prom „Nieborów” odbił od nabrzeża, kierując się w stronę Malmö.
Wtorek – Malmö – Lomma
Podróż
morska przebiegła spokojnie, choć pogoda była daleka od ideału. Niskie
chmury i deszcz zapowiadały trudny początek wyprawy. Po dopłynięciu do
Szwecji kontrola graniczna była symboliczna – wsiadłem na rower niemal
od razu po opuszczeniu promu.
Przejechałem około 10 kilometrów i rozbiłem namiot na kampingu w Lomma. Był to pierwszy nocleg na obcej ziemi i pierwsza noc w rytmie wyprawy.
Środa – Lomma – Ugglarpsharsbad (183 km)
Poranek przywitał mnie deszczem. Długo zwlekałem z wyjazdem, nie chcąc składać mokrego namiotu. Dopiero około 10.00, gdy opady ustały, ruszyłem w trasę.
Droga prowadziła przez Lomma – Kävlinge – Laholm – Halmstad – Ugglarpsharsbad.
Jechałem szybko, sportowo, bez dłuższych postojów. Skandynawia mijała
mnie w rytmie obrotów korby: zadbane osiedla, równe drogi, porządek,
cisza.
W Laholm zatrzymałem się jedynie na krótkie zakupy. Wieczorem dotarłem na kamping w Ugglarpsharsbad.
Dystans dnia: 183 km.
Czwartek – Ugglarpsharsbad – Borås (127 km)
Ten etap zapisał się w pamięci jako dzień lasu. Trasa wiodła przez Falkenberg – Ullared – Svenljunga – Borås. Nieskończone połacie zieleni, jeziora i cisza.
Podróżowałem
w pełni samowystarczalnie: sakwy na obu bagażnikach, namiot, śpiwór,
kuchenka benzynowa, zapasy jedzenia. Ciężar był odczuwalny, ale dawał
poczucie niezależności.
Nad jednym z jezior ugotowałem kolację – prostą, ale smakującą wyjątkowo. Noc spędziłem w lesie, śpiąc przy szumie strumienia.
Dystans dnia: 127 km.
Piątek – Borås – Rådene (160 km)
Poranek
znów był deszczowy. Śniadanie przygotowałem jeszcze w śpiworze,
dogrzewając namiot kuchenką. Po ustaniu opadów ruszyłem dalej.
Wieczorem dotarłem do Vänerborga,
położonego nad ogromnym jeziorem Vänern. Jego rozmiar i widok
przypominały morze. Ze względu na wysokie ceny noclegów pojechałem dalej
i około 23.00 rozbiłem namiot w okolicach Rådene.
Dystans dnia: 160 km.
Sobota – Szwecja – Norwegia (134 km)
Całodniowa
jazda przez odludne tereny. Jeziora, bagna, czerwone domki i niemal
zupełna pustka. Granica norweska była ledwie zauważalna – zmienił się
jedynie kolor znaków drogowych.
Po zakupach w Holen rozbiłem namiot w lesie.
Dystans dnia: 134 km.
Niedziela – do Oslo (100 km)
Deszcz towarzyszył mi od rana. Etap był krótszy, ale wymagający. Trasa wiodła przez Kjolen – Askim – dolinę rzeki Glomma – Ski – Kolbotn – Oslo.
Największe
wrażenie zrobił most wiszący nad rzeką Glommą – szeroką i gwałtowną.
Wieczorem, po drobnej awarii roweru, dotarłem do Rykkin, gdzie mieszkali znajomi – Grażyna i Romek. Gorący prysznic po dniach biwakowania był prawdziwym luksusem.
Dystans dnia: 100 km.
Oslo i okolice
Kolejne dni poświęciłem na odpoczynek i zwiedzanie: Oslo, Sandvikę, wyspę Kalvøya, park Vigelanda, Bygdøy z muzeami Kon-Tiki, Fram i statków Wikingów, skocznię Holmenkollen oraz krótkie wyjazdy treningowe.
Powrót
Powrót prowadził promem Oslo – Frederikshavn,
następnie rowerem przez Danię i promem do Świnoujścia. Ostatni etap –
podróż koleją do Jeleniej Góry – brutalnie przypomniał o polskich
realiach transportowych.
Dotarłem do domu zmęczony, ale bogatszy o doświadczenie, którego nie da się zmierzyć wyłącznie kilometrami.
Zestawienie dystansów
Etapy w Danii (łącznie): 235 km
Lomma – Ugglarpsharsbad: 183 km
Ugglarpsharsbad – Borås: 127 km
Borås – Rådene: 160 km
Szwecja – Norwegia: 134 km
Dojazd do Oslo: 100 km